RSS
piątek, 27 stycznia 2006
David Palmer
Za każdym razem kiedy oglądam "24" nachodzi mnie taka myśł - dlaczego nie możemy mieć takiego prezydenta jak David Palmer. Prawy, uczciwy, dobry, ale kiedy trzeba zdecydowany i działający bez wahania. Prezydent któremu można uwierzyć i przy którym nie trzeba się bać.
No jasne, to tylko aktor. Ale gdyby tak go wynająć na pięcioletni kontrakt. Sprowadzić do Polski. Nie znam nikogo, kto bardziej by wyglądał na Prezydenta i bardziej był prezydentem niż on.
Aha, i dalibysmy sobie spokój z wyborami, bo to do niczego dobrego nie prowadzi. Mielibyśmy Palmera na pięcioletnim kontrakcie i życie byłoby piękne. On by sobie z tym wszystkim poradził.
czwartek, 26 stycznia 2006
Laloś
To takie sliczne słowo wymyślone przez naszą córkę.
Szkoda że go nie ma - aż się przyjemnie wymawia.
- Daj mi tego lalosia.
- On mi zabrał lalosia.
- gdzie, ach gdzie jest mój laloś.
A laloś to oczywiście...
Prawda względna
Prawda jest dziwna. Kiedyś uwielbiałem wynajdywać w książkach i filmach detale świadczące o ignorancji twórców. No przecież templariusze mieli inne tarcze. Albo: ten model pistoletu wynaleziono dopiero kilka lat po wydarzeniach które relacjonuje film.
Ale z czasem - dochodze do wniosku, że prawda dotyczaca szczegółów kłóci się z prawdą.
Donna Leon opisuje komendę policji w Wenecji i głowe dam, że to miejsce wygląda całkiem inaczej. A jednak portret miasta który kresli jest zadziwiająco prawdziwy mimo że czesci składowe tej opowieści - policjanci, procedury, są zadziwiająco nierealni.
Podobnie z serialem "Rzym". Który jest powalająca na kolana wizją. Zadziwiająco bliską prawdziwemu Rzymowi. Choć jesli chodzi o części składowe - to niewiele ma z historią wspólnego.
A mistrz i Małgorzata. Niesamowita książka i Moskwa którą się czuje. Prawdziwa i nieprawdziwa jednocześnie.
I po namyśle można dojśc do wniosku - współczesne polskie kino i telewizja - usiłuje rzeczywistość skopiować. A skopiowana rzeczywistość jest brudna i nudna w sumie.
Rzeczywistość może pokazać tylko dobrze napisana, albo pokazana fikcja. Taka fikcja którą sami uznamy za prawdę - mimo że przecież nie istnieje.
Ot - kwadratura koła.
środa, 25 stycznia 2006
Sztuka obrazu
Nie mógłbym byc dziennikarzem telewizyjnym. I to wcale nie dlatego, że nie wydzwaniają telefony z propozycjami. Ale dlatego, że absolutnie nie potrafiłbym zrozumieć sensu pracy z obrazem. Niejasne? No dobra.
Właczam telewizor. Mamy mrozy, za chwile prognoza pogody. Pojawia się sympatyczna zmarznięta pani która mówi, że właśnie jest na polskim biegunie zimna (koło Suwałk, albo w Bieszczadach) i że własnie tu padł rekord zimna - powiedzmy -35 stopni.
Zakładam ciepłe kapcie i czekam co z historii wyniknie (oprócz prognozy na jutro). W końcu telewizja dała tej pani, czy panu z konkurencyjnej stacji samochód, ekipę, wysłała na cały dzień na drugi koniec Polski. Więc jakiś sens musi być.
Pani tymczasem mówi, że tutaj gdzie ona jest jest bardzo zimno - ale u mnie za oknem tez jest bardzo zimno.
Pani mówi ze jutro też będzie zimno, ale za to pojutrze trochę cieplej.
Za panią widać jakieś drzewo, dalej pole no i śnieg.
Zagadka. Po co telewizja wysyłała ekipę kilkaset kilometrów? Żeby sfilmowała pole? Żeby pani powiedziała, że tu jest zimno? Bo ma za dużo ekip, a wszystkie nie mogą się kręcić po redakcji?
Nie było niczego w tej relacji, czego sympatyczna pani nie mogłaby opowiedzieć stojąc gdziekolwiek w Warszawie, a biegun jak to biegun w ogóle niczym się nie róznił od niebieguna - co jednak można było przewidzieć.
Sam nie wiem - żałować tej pani, że cały dzień przesiedziała w samochodzie? Że telewidzowie poszli spać, a ona musiała jeszcze spod tych Suwałk wrócić?
A może sama chciała?
A przecież codziennie można obejrzeć taki materiał. dziennikarz jedzie na drugi koniec Polski. Jeśli tam zawalił się most, albo jest powódź - zgoda. trzeba to pokazać. Ale jeśli chodzi powiedzmy o materiał o fatalnym stanie polskich dróg? Albo o tajny proces na który nie można wejśc z kamera ewięc widzimy tylko dziennikarza przed sądem opowiadającego rzeczy które mógłby opowiadac wszędzie.
To jest właśnie chyba opowiadanie obrazem. W tej wersji dla mnie bez sensu.
wtorek, 17 stycznia 2006
Wielki, tłusty szef cd
Sprawdziłem. Fox w USA zaprzestał emitowania kolejnych odcinków w połowie programu. Nie wiadomo dlaczego. Ciekawe czy w Polsce Polsat tez stanie w połowie czy wyemituje.
Najmądrzejsza znana mi osoba - czyli moja żona stwierdziła, że to było oczywiste. Mozna pokazywac programy w których uczestnicy będa sie kochali, w których będa zjadac zywe karaluchy, albo żebrac na ulicy. Ale to wszystko jest rozrywka (no, może nie wszystkich bawo, ale tak to sie nazywa). A tymczasem ten reality uderza w fundamenty systemu. Stawia pytania czy warto, czy wszyscy nie żyjemy w fałszywym świecie.
Widz przed telewizorem obejrzy jak ktoś zajada pędraki, albo wskakuje do łajna i mówi sobie: rany, ale cudaki, no ja bym nie wskoczył.
Ale kiedy ogląda ten program mówi sobie: - rany, ale cudaki, ale sie kurwią, żeby awansować. Ja...
I tu zgryz. Bo wiekszośc odpowie: ja też muszę tak robić (jasne mam na utrzymaniu dziecko, raty za mieszkanie, samochód, nic na to nie poradze, już tak jest urządzony ten swiat.
Muszą startować w tym wyścigu szczurów.
Muszą?
Mini rozmówki
- Wiesz jak się nazywam - zapytał Junior.
- Smok? - zaryzykowałem.
Pokręcił głową.
- Kotek? - próbowałem dalej.
- Nie. Nazywam sie Zwycięstwo - ryknął.
- Aha - zacukałem się. - Czy w związku z tym sprzątniesz klocki?
- Zwycięstwo nie sprząta - powiedział z politowaniem.
poniedziałek, 16 stycznia 2006
Wielki, tłusty szef

Przypadkiem, nocą, niezwykły program.

"Mój wstrętny, tłusty szef" na Polsacie

Dla tych co nie widzieli - 12 osób, menedżerów, pomniejszych szefów, właścicieli firm rywalizuje o 250 tys dolarów. Zwycieżce wybierze Paul Todd. Uczestnicy nie wiedzą, że pan Todd to aktor a nie multimilioner i szef wielkiej korporacji IOCOR. "Paul Todd" oprowadza ich po w swoim domu (wartości 18 mln dolarów, wynajęty tuż przedtem na potrzeby programu), pokazuje im oprawiony w ramki pierwszy milion dolarów (za szkłem pliki bankotów - tak naprawdę to tylko kilka setek), na honorowym miejscu oryginalny Excalibur kupiony na aukcji w Hong Kongu (naprawdę kupiony za kilkadziesiąt dolarów na aukcji internetowej). Plecie bzdury.

Uczestnicy we wszystko wierzą.

Potem mają zadanie: tym razem dzielą się na grupę męską i żeńską. Która z nich sprzeda w upalny dzień więcej gorącego rosołu.

Niesamowity program.  Niesamowity bo reality przeszła kolejną granicę. Były już reality gdzie uczestnicy ze sobą spali, gdzie jedli robaki. teraz mają właściwie imitować to co miliony ludzi robią na codzień: konkurować ze sobą. Niby miliarder wygłasza oczyswiste bzdury. Oni poważnie kiwają głowami. Miliarder obraża ich - oni wchodzą w tę grę. Miliarder każe im się gryźć, wskazywac winnego niepowodzeń - oni to robią. Do tego który ma odejść miliarder mówi: wynoś się z mojego ganinetu.

Niesamowity program. Najpierw pomyślałem, że to straszne co robią tym ludziom. A potem, że właściwie nie. Miliarder jest rekinem i zjada nie małe rybki, tylko małe rekiny. Przecież każdy z uczestników stosuje takie same chwyty, zazdrości mu. Tylko jeszcze nie potrafi tak gryźć.

Niby "miliarder" umiejętnie ich szczuje na siebie - niewątpliwie psychologowie pisali mu te kwestie. Ale uczestnicy wchodzą w to. Żaden nie zaprotestuje. Nie powie miliarderowi w oczy że sprzedawanie gorącego rosołu w gorący dzień jest głupie. Zamiast tego knują przeciw sobie.

A na koniec spotkanie z szefem. Kiedy mają wytłumaczyć niepowodzenie. Wskazać winnych.

Czy nie to samo dzieje się z tysiącami innych szefów, innych zebrań (poświęconych sprzedaży chrupek, dezodorantów, farby, gumy do żucia, promocyjnych minut). Zebrań z ewidentnymi bzdurami prowadzonych przez nadętych bufonów którym wszyscy potakują bo to oni mogą dać podwyżkę? 

Niesamowity program o naszym świecie w którym pływają wielkie rekiny i miliony mniejszych. Wzajemnie się pożerają i trwa krwawa walka o przeżycie.

Niesamowity program po którym rodzą się pytania. Czy ludzie są zdolni do wszystkiego? Czy nastepny będzie taki w którym okrutny kato będzie męczył 12 uczestników nadludzką pracą, a oni będą wydawac tych którzy najwolniej rozłupują kamienie w kamieniołomie marząc o tym, że jak dobrze wypadną to sami zostaną kapo?

Kiedy Multimiliarder pokazywał uczesnikom "swój" kapiący od złota dom przedstawił swoją żonę i córkę (też grane przez aktorki).

Jedna z uczestniczek wypaliła rozglądając się po złoceniach.

- Ja bym tu lepiej pasowała.

- Ależ bezczelna - skomentowała "żona".

W prawdziwym życiu stoczyłyby ostrą walkę z której wyszłaby tylko jedna. Bo to świat bez litości w którym wygra bardziej okrutny rekin z większymi zebami.

Nasz świat.  

P.S Dziewczyna która wypadła skomentowała to: - Spodziewałam się, że osoba która ma oryginalnego Excalibura będzie miała więcej przyzwoitości.

piątek, 13 stycznia 2006
Nowe słowa
Nasza córka rozgadała się. Zna już:
nie chcę
nie mogę
nie będę
nie idę
Hmmm. Poradzi sobie w życiu.
Maszynki
Powiedzmy, że jest sobie człowiek. jakis lekarz, matka dzieci, może doktorant na uniwersytecie. pewnego jesiennego dnia został posłem. Nowym posłem RP jak dziesiątki i setki innych. może sobie myślał(a) że zajmie sie zwiekszaniem szans ubogich dzieci na lepsze życie. Albo polepszeniem losu zwierząt, albo tym, żeby więcej ludzi stac było na mieszkanie.
i nagle co/ Ma głosować, tak, nie przeciwnie. koalicja z tym, albo z tamtym. Wcześniejsze wybory, albo póxniejsze. tego utracimy, a temu podstawimy nogę. teraz głosujemy tak, a teraz wychodzimy, a zaraz wracamy, ale tylko udajemy.
No dobra. Pytanie brzmi tak. jestem nowy w tym sejmie, ale mam przecież rozum. mam też jakieś poczucie własnej wartości. i trochę przyzwoitości. Nie będę się bawił w te gierki, bo nie po to zostałem wybrany.
Nie - nie mówię o starych wyjadaczach, graczach, Pęczakach etc. mówie o tych nowych: którzy weszli bo zrobili cos fajnego. jakaś pani która dokarmiała dzieci. jakiś Pan który bardziej niż było trzeba pracował ze studentami.
Normalni, przyzwoici ludzie.
Dlaczego podnoszą ręce i wciskają te guziki? Bo szef im tak powiedział? Że teraz jestesmy przeciw a jutro za, a pojutrze przeciw? Bo szefowi cos się roi w głowie, więc bede maszynka do głosowania?  Dlaczego po prostu nie powiedzą: nie. Dosyc zabawy.

środa, 11 stycznia 2006
Polska wersja
Fenomen niezrozumiały. Zrobić rodzimą wersję zagranicznego serialu. U nas choćby "Niania", u Amerykanów choćby ich wersja Nikity. teoretycznie absurdalne. Przecież polska wersja "Niani" nie ma sensu - przeniesiona w inne realia starcie bogatych WASPów z rodziną żydowską nie trzyma się kupy.  Realia obłędnie nierealne - a jednak sukces.  A ja bym chciał obejrzeć oryginał! A jeśli już taki mechanizm funkcjonuje to dlaczego tysiące osób nie walą - bo ja wiem - na koncert naszego polskiego Stinga, który zamiast "Englishman in New York" zaśpiewa na tą samą melodię "Polak w Wilnie" czy "Polak w Chicago". No właśnie, to jest dopiero fenomen. Nawet jakby puścili oryginalną Nianię, to oglądalność na pewno byłaby kilkakrotnie niższa.
A czy można sobie wyobrazić, że koncert polskiego Stinga czy polskich Rolling Stones przyciągnąłby setki tysięcy ludzi - bo śpiewaliby o naszych , polskich problemach. A  koncert oryginałów odbywał by się w niszowym klubie na prowincji - przyszli by tylko najwierniejsi fani.
 

 
1 , 2