RSS
poniedziałek, 31 lipca 2006
Janda
Udało się, udało. Zostawić na chwilę dzieci - po raz pierwszy od ho ho.... A my - na miasto. Do teatru Jandy na "Skok z wysokości".
Żadni z nas krytycy teatralni, więc donoszę tylko, że to spektakl po którym jest lepiej na świecie.
Stoi
A czy wspominaliśmy już o domku? Na pewno tak. No więc nasz domek powstaje w imponującym tempie. Głównie jeździmy i się dziwimy. Ekipa zasuwa aż miło mimo upałów. Pomysleć, że jeszcze miesiąc temu był tam las. A teraz stoi dom. No dobra, nie ma jeszcze dachu, ale niewątpliwie to dom i w listopadzie tam zamieszkamy. 
sobota, 22 lipca 2006
Oto Zosia
Niespotykane są losy gołębi. Bo któz mógłby przypuszczać, że Zosia, ptak niepiękny, ledwo podfruwający i nie potrafiący zjeść kawałka bułki - zajdzie tak wysoko.
Ale od poczatku. Moja zona twierdziła, że Zosie przygarniamy na dni trzy. Potem jeść się nauczy i odleci szczęśliwa. Niestety dni mijały, balkon zamieniał się powoli w gniazdo, Monika z zapamiętaniem robiła Zosi kursy połykania a Zosia nic.
Właściwie co się dziwić. Skoro i tak cie nakarmią - po co próbować? Gdybym Młodemu nie dał kiedyś łyżki i nie kazał zasuwać słoiczka to pewnie do dziś trzeba by go karmić.
W każdym razie mineły 4 dni, Zosia nie jadła a my mieliśmy pojechać na weekend do przyjaciół. Co teraz? Zostawić Zosię na dworze? A nuż się nauczy? Nie, to nie moja żona. Opowiedziała wszystko gospodarzom, a ci na to: zabierajcie Zosię ze sobą.
A wspominałem już że oni na Mazurach? Nie, no to kiedyś opowiemy jak się jeździ z gołębiem który usiłuje wyleźć z pudełka. Czy kogoś zdziwi, że dostałem mandat za szybką jazdę i dwa punkty karne? Nie dziwi?, dziękuje.
Tak własnie Zosia trafiła na Mazury. Nasi przyjaciele mają gigantyczna wolierę. Mieszkają w niej papużki, gwarki i różne kolorowe cudaki których nazw nawet nie znam. Mieszka i Zosia.
Troche się dziwiliśmy, czy tym papugom Zosia nie bedzie przeszkadzać, ale okazało się ze są i gołębie znalezione i ocalone przez okoliczne dzieci. Troche dziwnie żyją, przysiągłbym że papużki gruchają.
Ale też gadają. I w tym wszystkim nasz najbrdszy gołąb świata.

środa, 12 lipca 2006
Wciąż ptak
Obejrzałem Zosię w świetle dnia.
Pomyliłem sie.
Napisałem chyba że Zosia to brzydki gołąb.
To cholernie brzydki gołąb.
Siedzi na naszym balkonoie (zabudowanym to nie ucieknie) i gapi się przez okno.
Niestety fajda - jak to gołąb.
Koty też na nia patrzą.
Monika mówi, że jakies 3-4 dni posiedzi dorośnie i odleci.
Załozyliliśmy się.
Ja twierdzę że zostanie. Może jest brzydka ale nie głupia. Ma jedzenie, wodę i miejsce do srania. Jaki ptak by to zostawił?
Tak, zrobię jej zdjęcie i zamieszczę.
Jej brzydota jest urzekająca. Musze się nią podzielić.
Moja mama ma ptaka
Pani Zosia siedziała na balkonie. Oczy jej się same zamykały. Pani Zosia nadal tam siedzi, choć według naszego syna miała być Murzynem. Nie podejmuję się wyjaśniac toku rozumowania. grunt, że nie jest Murzynem, jest panią Zosią. Aha - nie jest też Stasiem.
Pania Zosię znalazła Monika na placu zabaw na który udalismy się jako wzorowi rodzice. Młodszy z siostra polecieli zjeżdżać w rurze, a Monika natknęła się na Zosię (choć wtedy nie była Zosią).
Zosia na pierwszy rzut oka wydawała się mocno poharatana, ale Monika uciszyła moje obawy (według mnie Zosia prawie nie żyła)
- Zamieszka z nami - przekonywała mnie i od razu sie poprawi. Skocz po bułke, chyba głodna.
Skoczyłem. Była głodna. Pożarła kilka kawałków.
- Wszystko dlatego, że zgubiła sie - mówiła moja żona, ktora niejedną Zosie już wykarmiła.
W każdym razie dzieci były zachwycone.
- Moja mama ma ptaka, moja mama ma ptaka - ryczał Młodszy na całą ulicę.
No bo rzeczywiście. Zosia (zwana wcześniej Stasiem) jest gołebiem. Z tych młodych co się gubia i nie potrafią jeśc.
Mieszka teraz na naszym balkonie. Kiedy zobaczy Monike podskakuje i leci w złudnej nadziei że to mama. Czujne oczy zza szyby sledzą jej każdy ruch. To rzecz jasna nasze koty które widzą w niej obiad.
Zosia niczego soobie z tego nie robi.
Monika twierdzi, że Zosia za kilka dni odleci - jak tylko ja tego nauczymy.
Nie wiem. Mam złe przeczucia. mamy już strasznie grube kocisko które zabralismy na chwilę kilka lat temu żeby raz nakarmić. Wtedy było maciupkie.
Tak, Zosia pokocha nas szaleńczo i zostanie z nami przez wiele lat i urośnie do monstrualnych rozmiarów.
Trudno.
wtorek, 11 lipca 2006
Spadek czytalności
Dlaczego tygodniki mają coraz mniejsze nakłady - zastanawiają się eksperci.
Coś się stało. Ale co?
Hmmm, a może po prostu powinny być ciekawsze rzeczy do czytania? Nie tylko w tygodnikach. W prasie też.
Bo po co mi gazeta jesli pisze o tym co widziałem wczoraj w telewizji?
Może nie cały czas o polityce krajowej i zagranicznej?
Może nie cały czas o bezrobociu, bezdomnych dzieciach i wyjazdach z Polski?
Może artykuły nie powinny być pisane przez dzień czy dwa ale przez kilka tygodni i miesięcy jak to bywa gdzie indziej?
Wtedy rzecz jasna trzeba by więcej ludzi i więcej pieniędzy na ich powstawanie.
A tu trzeba ciąć koszty.
Ot i kłopot.

Z serii - dzieci
Nasze dzieci miały ułożyć kolejkę. Młodemu nie chciało się jej układać, więc wysłał siostrę. ta dzielnie wyciagnęła pudła spod łózka i zaczęła układać. Zaczęliśmy ją chwalić. Młody się naburmuszył i zdymisjonował siostrę odstawiając ją do kąta i rzucając jej starą lalę. Sam zasiadł jak kwoka nad kolejką i zaczął układać dalej.
Do tej pory analogia do aktualnych wypadków w polityce była idealna.
Później się popsuła.
Dzieci bowiem nie puszczają w niepamięć takich gestów. Siostra zamiast zająć się starą lalą i oznajmić że ta stara lala to bardzo ważna lala i cieszy się z mozliwości pobawienia się nią - zaczęła wrzeszczeć wielkim głosem. Rzuciła lalę i ruszyła do walki.
Musieli wkroczyć rodzice i przywrócić porządek. Młody został wysłany do pokoju żeby przez kilka minut pomyslał nad swoimi metodami.
Tak bywa w życiu rodzinnym.
W życiu politycznym natomiast wygląda to zupełnie inaczej.
I nie mogę tylko pojąć - dlaczego Marcinkiewicz cały czas udaje że zachwyca się starą lalą?

środa, 05 lipca 2006
3
W nocy wpadł nam pomysł taki. Reaktywować felietony. Gazeta się wypięła - trudno. Może inni chetni się znajdą. A jak nie i tak książke można napisać. 
Nasi
Nasz syn zawsze sie upewnia czy to "nasi czy nie nasi". Wszystko jedno: na plaży, w knajpie czy w telewizorze. Koniecznie chce wiedzieć którzy sa nasi - Indianie czy kowboje. Chińczycy czy Mongołowie, Niemcy czy Włosi. Kiedy juz wie - trzyma za nich kciuki.
Ma to wiekszośc ludzi. Skoro to Nasi - to wszystko im wybaczymy. Jeśli nie nasi - to na nich zaszczekamy.
Jesli "Nasz" człowiek z naszej partii ma pomysł - to jest dobry. Nie nasz - jest zły.
Jesli nasz faulował - to sedzia źle widział i niesłusznie dał kartkę. Ale jesli faulowali naszego - o, to co innego. Złoczyńce usunąc z boiska.
Dziwnie się czuję - ale nie mam "naszych".
Dziwnie się czuję gdy wszyscy zachwycają sie jakimś truizmem czy głupotą tylko dlatego że powiedział go Papież/znany rezyser, wielki pisarz, albo autorytet moralny.
Dziwnie się czuję kiedy odsądzają od czci stwierdzenie kogoś kto nie jest nasz choc jest mądre.
Jesli nasi grają brzydko. Oszukują  i fauluja - to wolę żeby wygrali nienasi.
Nie mógłbym byc politykiem.
Po trochu co prawda bym sie z kazdym zgodził, ale głownie bym skrytykował i zrobił to co dyktuje zdrowy rozsądek.
Absolutnie nie mógłbym byc rzecznikiem prasowym. Zwłaszcza prezydenta. Spaliłbym się ze wstydu gdybym musiał tłumaczyć "naszych".
I może dlatego czuję sympatię do Wildsteina. Bo chyba tylko jeszcze on nie dzieli świata na naszych i nienaszych tylko robi co uważa za słuszne.

mecz
Bardzo dziwne - chyba po raz pierwszy w tym Mundialu druzyna której kibicowalismy wygrała. Do tej pory każda przegrywała. Zdziwili nas ci Włosi
 
1 , 2