RSS
poniedziałek, 31 października 2005
Finlandia
W życiu nie myślałem że tam kiedyś trafię. A trafię jutro.
Jest zimno. Nie ma korupcji, wszyscy piją. Aha i renifery są, okazjonalnie przelatuje św. Mikołaj. to tyle stereotypów. Zobaczymy co z nich zostanie. Na razie... wszyscy ostrzegają, że watroba będzie boleć.
poniedziałek, 17 października 2005
Lost
Pewnego dnia stwierdzilismy ze zdziwieniem że komputer zamienił nam się w telewizor. Nie obejrzelismy od tygodni żadnego filmu w telewizji - za to pasjami ogladamy Zdesperowane kury domowe i Lost pracowicie ściągane na komputer.
Kiedy powstaną w Polsce takie seriale (może wtedy kiedy jak w Ameryce scenarzysta będzie producentem wykonawczym :)
A refleksja druga - nawet takie cuda sie dłużą. Dzis mianowicie obejrzeliśmy dwa odcinki w których przypomniano co zdarzyło sie w poprzednich odcinkach. I własciwie ... tyle.
piątek, 14 października 2005
Miejsca złe?
Z zupełnie innej beczki. Czy istnieją złe miejsca? Kiedyś dawno temu trafiliśmy na uroczy zakątek w górach Czarnych. Ruiny kościoła bardzo malownicze, obok stary cmentarzyk. Był wieczór, jechaliśmy drogą po której samochód jeździł raz na godzinę. Stanelismy i zaczelismy łazić po okolicy. I nagle ogarneło nas całkiem niezależnie po prostu przerażenie. jakby coś czaiło się pod ziemią. Dalismy drapaka aż sie kurzyło. Głowe dam, że coś tam było. A teraz znowu miałem takie wrażenie że przyjechałem w miejsce w którym Coś jest. Stary walący się zamek na Dolnym Śląsku. Tam z każdym zamkiem wiąże się jakas legenda o białej Damie ale w żadnym nic takiego nie czułem. Dopiero w tym - mimo że akurat żadnej legendy nie było. Przeczucie że coś tam jest. Coś złego.
Arkadia
Już jutro w empiku w Arkadii spotkanie autorskie. O 18. My będziemy!
wtorek, 04 października 2005
Autopromocja
A w księgarniach "Dziecko dla średniozaawansowanych" autorstwa Leszka K. Talko.
Wygląda np. tak
http://www.merlin.com.pl/frontend/towar/423664
Aha i nie jest to zbiór felietonów z "Dziecka" choć są tu elementy z felietonów znane.
Fantastyczna książka. jedyna na rynku prawdziwa książka o dzieciach!
A poniżej zachęcający fragment.

Każdy rodzic zna najprzyjemniejszą porę dnia – jest nią wieczór, kiedy nasze pociechy zmordowane mordowaniem rodziców przyłożą swoje główięta do poduszki i zamkną swe niebieskie oczęta, których nie będziemy musieli oglądać aż do następnego dnia rano. Nie licząc nocnych przebudzeń, rzecz jasna.
Wtedy to każdy rodzic oddycha z ulgą i niby to nie pamiętając, że w ciągu tego dnia 157 razy zamierzał zamordować swoje latorośle, 251 razy im o mało nie udało się zamordować jego, a po obiedzie w ogóle zamierzał się wyprowadzić – dobra, niech zniszczą ten dom, a co tam. Niech pomalują ściany, wdepczą ryż w ziemię i wyleją sobie zupę na głowę, skoro wylały już nam.
No jednym słowem, kiedy gotowi jesteśmy już psychicznie, żeby odebrać telefon od znajomego czy napisać jakiś wpis w Internecie z przylepionym do ust uśmiechem starając się nie nadszarpnąć politycznej poprawności i rozwodzić się długo i kwieciście jakie to mamy skarby i ileż dają nam zadowolenia (pewne szczególnie wyczerpane mamy, które chwilę wcześniej zamierzały się rzucić z okna, są nawet wtedy gotowe z łzami w oczach wyznać, że dzieci są, ach, jedyną racją ich istnienia). My słuchamy ich wynurzeń w milczeniu w imię solidarności rodziców, jakże podobnej do ponurej solidarności klientów kiepskiej knajpy uraczonych wczorajszym kotletem, ale wmawiających sobie nawzajem, że naprawdę jedzenie jest rewelacyjne, a obsługa na najwyższym poziomie. Czy mamy bowiem inne wyjście? Tylko takie, żeby powiedzieć sobie szczerze, że jesteśmy idiotami nadal chodząc do tej knajpy.
Ale zanim nastąpi ten niezwykły moment ciszy i uśpienia, trzeba opowiedzieć bajkę.
Właściwie nie powinienem się skarżyć. Znam rodziców, którzy nieopatrznie zgodzili się kiedyś na kołysanie swojego słodkiego maluszka i śpiewanie kołysanek i teraz w ten sposób spędzają wieczory i noce, a zasłuchane dzieci nijak nie chcą zamknąć oczek ani pamiętać, że rok temu ważyły 6 kilo, a dziś 16 i to dla rodzica jest sporą różnicą...
Na szczęście ja śpiewać nie umiem, a moje nieśmiałe próby Pitu przerwał kiedyś zdecydowanym walnięciem w łóżeczko i ryknięciem:
- Cisza, ludzie tu śpią.
Na moje nieszczęście okazało się, że to, czego los poskąpił mi w śpiewie i oktawach, wrócił mi w ryczeniu.
Pitu mianowicie uznał, że ryczę znakomicie.
Właściwie sam sobie jestem winien. Po prostu pewnego razu postanowiłem Pitu przeczytać bajkę na dobranoc. Książka otworzyła się na Smoku Wawelskim, niestety, w wersji pochodzącej chyba sprzed stu lat.
- Serca ludzkie truchlały, gdy smok ryczał – czytałem.
- Co robiły? – dziwił się Pitu.
- Ludzie się bardzo bali - tłumaczyłem.
- Aha. – Kiwał głową Pitu.
- Król nagrodę sowitą przeznaczył.
- Co król? – Pitu poderwał się z poduszeczki.
- Król wziął pieniążki – zacząłem.
- Poszedł do bankomatu – ucieszył się Pitu. – Naciskał guziczki.
- Właśnie – zgodziłem się, bo odpadł trud tłumaczenia. - Król wziął pieniążki z bankomatu.
- My też bierzemy – zwrócił uwagę Pitu.
- Właśnie! – ucieszyłem się.
- Król musiał znać PIN! – Pokiwał głową Pitu zafrasowany. - Tata zna PINA, bo jest duży i fajny. Jest królem. Ho, ho!
Zawsze to miło, kiedy ktoś człowieka doceni, nawet jeśli to wyraz uznania za znajomość PINu. Mile połechtany czytałem dalej.
- Zdawało się, że żadna siła bestii nie zmoże i trza będzie haracz składać.
- Co?
- No, na przykład Kudłata bawi się swoimi zabawkami i je, to ty zabierasz jej keko, znaczy ciastko, czyli haracz ale jej nie bijesz – rozumiesz?
- Aha, musieli smokowi keko dawać. – Pokiwał głową Pitu, wyobrażając sobie taką niegodziwą rzecz, i zrobił podkówkę. – Niedobry smok.
- Pewnego dnia do króla przybył szewczyk Skuba, pokłonił się i swój podstęp wyjawił. Umyślił skórę barana siarką wypełnić, na powrót zaszyć, by żywe zwierzę przypominała, i pod jamę podrzucić.
Zerknąłem na Pitu, który sprawiał wrażenie lekko zdezorientowanego rozwojem akcji.
- Co? – zapytał wyczekująco.


Dlaczego ach dlaczego?
Z niewiadomego powodu ludzie nas unikają.
Nie, no nie wszyscy. Ale od początku.
jakiś czas temu zepsuł się zlew. Wydawałoby się: zadzwonic po hydraulika i z głowy.
Gdzie tam. Wydzwoniłem 10 hydraulików i żaden nie wyraził sladowego zainteresowania naszym problemem. W końcu naprawy podjął się pan który kładzie płytki sąsiadowi. Ale dzień z głowy.
Potem lekarz. Choruje dziecko. Co robią inni rodzice? Dzwonią po lekarza, ten przyjeżdza i bada dziecko. Co robimy my? Dzwonimy po lekarza. on mówi że nie ma czasu. Dzwonimy po drugiego. na urlopie. Obdzwaniamy znajomych prosząc o namiary na lekarza. Dostajemy pięć numerów lekarzy którzy przyjeżdżają na każde wezwanie. Dzwonimy.
Pierwszy na urlopie. Drugi radzi żeby sie nie przejmować kiedy opisujemy stan dziecka. Wychodzi na imprezę i nie chce przyjść. Trzej kolejni mówią że te wymioty temperatura itd to nic poważnego, dzieci już tak mają, obiecują że oddzwonią i się pojawią ale nie dzwonia i się nie pojawiają. Jadę z dzieckiem do szpitala. Zapalenie płuc.
opiekunki nie możemy znaleźć od ho ho. nie takiej na stałe, ale takiej od czasu do czasu. Na jakiś wieczór żeby mozna się wyrwać do kina, albo na jakieś 2-3 dni kiedy dzieci chorują a my musimy pracować.
nawet pan w supermarkecie który obiecał znaleźć kabelek poszedł i już nie wrócił i nikt kabelka nie chciał nam sprzedać.
Nikt nie może.
Hej, coś z nami nie tak. Prawdopodobnie wszyscy lekarze się zwiedzieli i wyłączają komórki. Ale porozumieli się z hydraulikami czy jak?
Pod choinkę chcę opiekunkę i lekarza dziecięcego. takiego jak z reklamy rutinoscorbinu do którego zawsze mogę zadzwonić.