RSS
środa, 12 lipca 2006
Moja mama ma ptaka
Pani Zosia siedziała na balkonie. Oczy jej się same zamykały. Pani Zosia nadal tam siedzi, choć według naszego syna miała być Murzynem. Nie podejmuję się wyjaśniac toku rozumowania. grunt, że nie jest Murzynem, jest panią Zosią. Aha - nie jest też Stasiem.
Pania Zosię znalazła Monika na placu zabaw na który udalismy się jako wzorowi rodzice. Młodszy z siostra polecieli zjeżdżać w rurze, a Monika natknęła się na Zosię (choć wtedy nie była Zosią).
Zosia na pierwszy rzut oka wydawała się mocno poharatana, ale Monika uciszyła moje obawy (według mnie Zosia prawie nie żyła)
- Zamieszka z nami - przekonywała mnie i od razu sie poprawi. Skocz po bułke, chyba głodna.
Skoczyłem. Była głodna. Pożarła kilka kawałków.
- Wszystko dlatego, że zgubiła sie - mówiła moja żona, ktora niejedną Zosie już wykarmiła.
W każdym razie dzieci były zachwycone.
- Moja mama ma ptaka, moja mama ma ptaka - ryczał Młodszy na całą ulicę.
No bo rzeczywiście. Zosia (zwana wcześniej Stasiem) jest gołebiem. Z tych młodych co się gubia i nie potrafią jeśc.
Mieszka teraz na naszym balkonie. Kiedy zobaczy Monike podskakuje i leci w złudnej nadziei że to mama. Czujne oczy zza szyby sledzą jej każdy ruch. To rzecz jasna nasze koty które widzą w niej obiad.
Zosia niczego soobie z tego nie robi.
Monika twierdzi, że Zosia za kilka dni odleci - jak tylko ja tego nauczymy.
Nie wiem. Mam złe przeczucia. mamy już strasznie grube kocisko które zabralismy na chwilę kilka lat temu żeby raz nakarmić. Wtedy było maciupkie.
Tak, Zosia pokocha nas szaleńczo i zostanie z nami przez wiele lat i urośnie do monstrualnych rozmiarów.
Trudno.
wtorek, 11 lipca 2006
Spadek czytalności
Dlaczego tygodniki mają coraz mniejsze nakłady - zastanawiają się eksperci.
Coś się stało. Ale co?
Hmmm, a może po prostu powinny być ciekawsze rzeczy do czytania? Nie tylko w tygodnikach. W prasie też.
Bo po co mi gazeta jesli pisze o tym co widziałem wczoraj w telewizji?
Może nie cały czas o polityce krajowej i zagranicznej?
Może nie cały czas o bezrobociu, bezdomnych dzieciach i wyjazdach z Polski?
Może artykuły nie powinny być pisane przez dzień czy dwa ale przez kilka tygodni i miesięcy jak to bywa gdzie indziej?
Wtedy rzecz jasna trzeba by więcej ludzi i więcej pieniędzy na ich powstawanie.
A tu trzeba ciąć koszty.
Ot i kłopot.

Z serii - dzieci
Nasze dzieci miały ułożyć kolejkę. Młodemu nie chciało się jej układać, więc wysłał siostrę. ta dzielnie wyciagnęła pudła spod łózka i zaczęła układać. Zaczęliśmy ją chwalić. Młody się naburmuszył i zdymisjonował siostrę odstawiając ją do kąta i rzucając jej starą lalę. Sam zasiadł jak kwoka nad kolejką i zaczął układać dalej.
Do tej pory analogia do aktualnych wypadków w polityce była idealna.
Później się popsuła.
Dzieci bowiem nie puszczają w niepamięć takich gestów. Siostra zamiast zająć się starą lalą i oznajmić że ta stara lala to bardzo ważna lala i cieszy się z mozliwości pobawienia się nią - zaczęła wrzeszczeć wielkim głosem. Rzuciła lalę i ruszyła do walki.
Musieli wkroczyć rodzice i przywrócić porządek. Młody został wysłany do pokoju żeby przez kilka minut pomyslał nad swoimi metodami.
Tak bywa w życiu rodzinnym.
W życiu politycznym natomiast wygląda to zupełnie inaczej.
I nie mogę tylko pojąć - dlaczego Marcinkiewicz cały czas udaje że zachwyca się starą lalą?

środa, 05 lipca 2006
3
W nocy wpadł nam pomysł taki. Reaktywować felietony. Gazeta się wypięła - trudno. Może inni chetni się znajdą. A jak nie i tak książke można napisać. 
Nasi
Nasz syn zawsze sie upewnia czy to "nasi czy nie nasi". Wszystko jedno: na plaży, w knajpie czy w telewizorze. Koniecznie chce wiedzieć którzy sa nasi - Indianie czy kowboje. Chińczycy czy Mongołowie, Niemcy czy Włosi. Kiedy juz wie - trzyma za nich kciuki.
Ma to wiekszośc ludzi. Skoro to Nasi - to wszystko im wybaczymy. Jeśli nie nasi - to na nich zaszczekamy.
Jesli "Nasz" człowiek z naszej partii ma pomysł - to jest dobry. Nie nasz - jest zły.
Jesli nasz faulował - to sedzia źle widział i niesłusznie dał kartkę. Ale jesli faulowali naszego - o, to co innego. Złoczyńce usunąc z boiska.
Dziwnie się czuję - ale nie mam "naszych".
Dziwnie się czuję gdy wszyscy zachwycają sie jakimś truizmem czy głupotą tylko dlatego że powiedział go Papież/znany rezyser, wielki pisarz, albo autorytet moralny.
Dziwnie się czuję kiedy odsądzają od czci stwierdzenie kogoś kto nie jest nasz choc jest mądre.
Jesli nasi grają brzydko. Oszukują  i fauluja - to wolę żeby wygrali nienasi.
Nie mógłbym byc politykiem.
Po trochu co prawda bym sie z kazdym zgodził, ale głownie bym skrytykował i zrobił to co dyktuje zdrowy rozsądek.
Absolutnie nie mógłbym byc rzecznikiem prasowym. Zwłaszcza prezydenta. Spaliłbym się ze wstydu gdybym musiał tłumaczyć "naszych".
I może dlatego czuję sympatię do Wildsteina. Bo chyba tylko jeszcze on nie dzieli świata na naszych i nienaszych tylko robi co uważa za słuszne.

mecz
Bardzo dziwne - chyba po raz pierwszy w tym Mundialu druzyna której kibicowalismy wygrała. Do tej pory każda przegrywała. Zdziwili nas ci Włosi
poniedziałek, 03 lipca 2006
Fucha
Ludzie dzieciaci biorą udział w dziwacznych imprezach na których nie postanie noga normalnego człowieka. W sobotę zwiedzeni sladami baloników trafiliśmy na festyn z okazji 120 rocznicy wodociągu. No cóz - była wielka dmuchana zjeżdzalnia za friko. Może nie każdy to wie, ale takie zjeżdżalnie są w wesołych miasteczkach i 5 minut kosztuje 5 złotych. Dzieci zaś nie chcą schodzić po 5 minutach a rodzice nie są w stanie się po nie wspiąć i z przerażeniem obserwują zegarki.
Na tej wodociągowej spędziły z godzinę - jakby nie było 120 zł - chwała wodociągom.
Główna atrakcja festynu to jednak mimo wszystko nie miała być zjeżdżalnia ale występ Kobranocki. Ludzie zajadali kiełbaski, albo leżeli na trawie. przed sceną stało kilka osób. kobranocka usiłowała zachęcić do jakiejś akcji - bezskutecznie.
Po drugiej piosence zaczęli się wyzłośliwiać.
- Dziękujemy za ten szaleńczy aplauz - kiedy nie rozległy się żadne oklaski. - . To co, podejdziecie bliżej? Nie, pewnie nie podejdziecie - monologowali ze sceny.
Ale nikomu nie było w głowie żeby porzucać swoją kiełbaske. my też nie ruszylismy się spod zjeżdżalni.
Trochę im współczułem, a trochę zazdrościłem.
Współczułem że to nawet nie granie do kotleta, że wszyscy mają ich w dupie. Zazdrościłem - bo pewnie inkasują kilkanaście tysięcy.
Myślałem sobie: po diabła im to było. I chyba to strasznie niefajne i żmudne grać dla nikogo. A przecież można było przewidzieć że tak będzie i nie wyzłośliwiać się ze sceny. Odrzucić propozycję. .
Ale z drugiej strony - trzeba jakoś płacić rachunki. przyjmować zlecenia których się nie chce. I mieć mimo wszystko żal i złość, że stoi się na scenie, śpiewa i nikogo to nie obchodzi, mimo wszystkich tych wydanych płyt i przebojów. I tego że to co sie śpiewa - może niespecjalnie pasuje do festynu wodociągowego.
Dzieci zaś były zachwycone. bo nie tylko zjeżdżalnia, ale i balony od wodociągów w dowolnych ilościach.
piątek, 30 czerwca 2006
Jak doprowadzić przylaciela do zawału
1. Poprosić go o zaopiekowanie się kotami na czas wyjazdu i dokarmienie.
2. Posiadac kota płci żeńskiej o imieniu męskim Ptiszon. Kot ten charakteryzuje się zdolnością do dematerializacji.
3. My wyjeżdzamy, kot znika, przyjaciel zachodzi w głowę co z kotem.
4. Kot nadal zniknięty. przyjaciel dochodzi do jedynego wniosku - rzucił się z okna.
5. Przyjaciel po przeszukaniu mieszkania zaczyna szukać pod oknem - w poszukiwaniu kłebków sierści (wysoko).
6. Nasze dziecko tymczasem ząda od nas żebyśmy zadzwonili i spytali jak tam sie czuje kotek.
7. Przyjaciel odchodzi od zmysłów. jeszcze raz przeszukuje mieszkanie i szuka pod oknem. Nadal nic.
8. My wracamy. Za drzwiami wita nas potwór. Czyli Ptiszon w wersji x3. Utył chyba z trzy kilogramy. Na cżłowieka to sporo a co dopiero na kota który ważył 3 kg. Wygląda jak pluszowa kula, ryczymy ze śmiechu.
9. Dzwonię do przyjaciela i zaczynam tak: - Coś ty zrobił naszemu kotu? - No własnie, co zrobiłeś - wykrzykuje syn.
10. W tym momencie przyjaciel powiedział, że mało nie dostał zawału wyobrażając sobie, że własnie znaleźliśmy jakis biało czarny placek futrzany.
czwartek, 29 czerwca 2006
szympansy wędrowne
Rozmawialismy z przyjaciółmi. Zeszło na dowody uznania. Na to wszystko czym pracodawca daje do zrozumienia pracownikowi, że go ceni (albo nie daje - ale to inna historia).
No więc nasi przyjaciele dostają z pracy: samochody, laptopy, służbowe karty kredytowe. Nic niezwykłego - czytałem, że takie własnie "drobne" gesty pracodawcy o wiele silniej wiązą z firmą nić większa pensja.
W każdym razie sytuacja jest jasna. Dostajesz lepszy i droższy służbowy samochód - znaczy cenią cię. Nie dostajesz - kiepsko.
Dostajesz nagrodę z zysku - cenią cię. Nie dostajesz - kiepsko. Czyli informacja zwrotna.
W porównaniu z tym systemem pisarz ma niestety przechlapane.
Monika zastanawia się - jaka właściwie jest jej pozycja na rynku. Wydała książkę - i co dalej? Nie ma żadnej informacji zwrotnej.
Nie wiedziałem skąd ten ten niepokój dopóki nie przeczytaliśmy książki "Korporacyjne zwierzę". Strasznie ciekawa. A przy okazji wyjaśnia zagadkę. Ludzie tak jak szympansy mają zakodowane, to że chcą znać miejsce w stadzie.
W stadzie na czele jest samiec alfa, potem inne samce i tak dalej. Każdy wie kto jest nad nim i pod nim. Podobnie w firmie: ty dostajesz skodę octavię więc jesteś nad tym co dostał skodę fabię, ale pod prezesem który jeździ skodą superb.
Tymczasem jeśli piszesz książki - nie wiesz nic. I to niepokojące.
I niby naturalne. Skoro nie chcemy być zwierzętami korporacyjnymi - nie powinniśmy narzekać. Niue musimynikomu nadskakiwać ale i nikt nie nadskakuje nam. Ale jednak szympansia natura odzywa się.
W "Korporacyjnym zwierzęciu jest wzmianka o tych innych. Otóż są szympanse które nie trzymają ze stadem. Czyli nie iskają innych ale i same nie są iskane. To szympanse wędrowne.
Niestety szybko umierają. Iskanie jest jednak niebędne.
środa, 28 czerwca 2006
Zwykły, niezwykły
Dzień wyrózniał się nie tylko temperaturą. Otóż w całkiem niepojęty dla nas sposób podpisaliśmy umowę i za kilka dni ruszy budowa naszego domu. Niepojętych - bo to że udało załatwić się kilogram papierków które to umożliwiły - nie, własciwie nie mam pojęcia jak udało się to załatwić.
W każdym razie plan jest taki - za cztery miesiące zmienić tytuł bloga na "Talki z małej wsi" i sie przenieść. No zobaczymy.
A tak w ogóle - człowiek uczy się masy nowych rzeczy. Choćby takiej że istnieje urząd, a w tym urzędzie pani. A zadaniem jedynym tej pani jest zaopiniowanie położenia bramy. Bramy rzecz jasna nie ma. Ale na planie jest wyrysowane gdzie ma być. I pani opiniuje - że brama może tam być, bo przylega do drogi.
Oczywiście to nie znaczy, że bramę można postawić. Trzeba teraz zdobyć plan i rysunek samej bramy i udać się do Pani. Aha, to nie znaczy, że można już zrobic podjazd. Nie, nie. Trzeba kolejny plan i udać się do pani.
Pani na wydanie papierka ma tydzień albo dwa.
tak przy okazji zafrapowało mnie - czy pani ocenia pod kątem estetyki (bo skąd tyle paskudnych bram). Ale nie - pani ocenia tylko pod kątem tego czy brama przylega do drogi.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15