RSS
wtorek, 27 czerwca 2006
ale za to...
będzie dużo wpisów na blogu. Trzeba walczyć o bycie poważanym :)
odkrycie
Ważnych odkryć dokonuje się w dziwnych miejscach. Tego dokonałem w łazience. A właściwie Monika dokonała.
Zdiagnozowała mnie.
Całe życie chciałem żeby ludzie mnie lubili.
Teraz najwyraźniej urosłem i to mi już nie wystarcza.
- Teraz chciałbyś żeby cię cenili i to cię męczy - stwierdziła moja nieoceniona żona.
Tak, to prawda. mam muz dosyć bycia fajnym. Teraz chciałbym być poważanym. Początek kryzysu wieku średniego?
Wieczorek autorski
Monika wreszcie wydała książkę.
http://www.merlin.com.pl/frontend/towar/434869
Hm, dziwna rzecz. Oddała ja do wydawnictwa ponad rok temu, zaczeła pisać prawie dwa lata temu. A dopiero teraz jest.
Był wieczorek autorski. Wieczorki autorskie zawsze są bomba. Jest chyba duża grupa ludzi którzy chodzą na wszystkie. Podobnie zreszta jak na konferencje prasowe. Kiedyś widywałem pewnego pana bodaj z "Kwartalnika Pszczelarskiego". Choć może był to "Półrocznik ornitologiczny". Chadzał z upodobaniem na konferencje Microsoftu albo Sony. Zadawał zawsze pytanie. Powiedzmy takie:
- Czy najnowszy produkt Microsoftu (Sony, HP, Nike) jest w zgodzie z ochroną środowiska?
Poczym udawał się do bufetu.
Z wieczorkami jest chyba podobnie. Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Ten Moniki był w klubie Punkt. Ja zaś miałem go prowadzić.
Już na początku serce mi zamarło gdy dowiedziałem się że mamy rozmawiać o ksiązce  prawie godzinę.
Ksiązka własnie się ukazała - nikt więc jej nie przeczytał. Trudno rozmawiać więc o treści. Trzeba rozmawiać o .... No własnie. O czym?
O literaturze i fascynacjach. Udało się.
A potem nastąpiły pytania z sali.
Pewien sympatyczny pan chciał sie dowiedzieć jak to było z Harry Potterem. I dlaczego stał sie taki popularny.
Inny - dlaczego Lem nie stał się aż taki popularny (a może sie stał?).
Jeszcze inny zaproponował Monice deal. Otóz on zna sprawę jak w czasie wojny jeden Polak dał w pysk jednemu Anglikowi i mozna by z tego zrobić powieśc. On dał pomysł i chetnie da nazwisko na okładkę. Monika ma zaś napisać.
Następnie inny powiedział, że on zna straszne przewały po prostu w spółdzielni mieszkaniowej i to się nadaje na powieść (ale nie wymagał żeby dawać go na współautora).
Żadne z pytań rzecz jasna nie dotyczyło powieści ani autorki :)
Do mnie zaś podeszła pewna dystyngowana Pani i powiedziała, że ja jako elita narodu powinienem się wstydzić. Miast bowiem krzewić kulturę i polszczyznę bezbłedną - ja ją plugawię a to w taki sposób że źle akcentuję i połykam końcówki.
Chetnie się z tym zgodziłem i obiecałem usilnie poprawę.
Dama zaś owa zmierzyła mnie spojrzeniem i powiedziała.
- Mówi Pan nieprawidłowo podobnie jak Giertych.
- Giertych - zdumialem sie.
Dama popatrzyła i rzuciła litościwie.
- Olejniczak też tak bełkocze.
-----------------------------------
A wracając do książki.
Żywię spore nadzieje, że pójdzie na Nobla i załatwi nam godziwy dochód na starośc (młodym jakoś nie dają).
No cóz,  słowo honoru. jakbym miał kupic polską ksiązke to kupiłbym "Krakowską żałobę". :)

ciąg dalszy nastąpił
Najlepsza z zon zapytała znienacka - a ty piszesz dalej tego bloga?
- Nie, jakoś tak zapomniałem - wykręciłem się.
- A dlaczego?
- Hmmmm, no własnie.
1. Bunt dwulatka - to powód głowny. nasza dwulatka zbzikowała i stwierdziła że będzie wstawać o szóstej rano a kłaśc się o 23. I tak robiła. proszę nie pytac jak ona to wytrzymywała. ja nie wytrzymywałem - kładliśmy się spać przed nią. Rzecz jasna o luksusach takich jak blog - zapomniałem.
2. Pisanie ksiązki. W pewnym momencie stwierdziłem, że własciwie skoro i tak jestem niedospany to w ogóle moge przestac spać - zwłaszcza że zbliżał sie termin oddania do druku "Dziecka dla profesjonalistów. A więc pisałem do 4 rano i bloga nie prowadziłem. A o 6 budziła się zbzikowana córka - jak to zbzikowana dwulatka. Wszystko było na nie.
3. Za to naszła mnie refleksja której nie omieszkałem umieścić w ksiązce. My padamy i zasypiamy i nie mamy czasu na nic. jakim cudem tylu ludzi tak często i pieknie pisze o dzieciach. Potem znalazła się odpowiedź. Jak piszą - mogą przez chwilę z tymi dziećmi nie być i odpocząc. Nam zbzikowana dwulatka nie pozwoliła. :)
wtorek, 07 marca 2006
Fakt medialny
Media uwielbiają takie rzeczy jak choroba wściekłych krów, albo ptasia grypa. Co to za rewelacyjny nius. No i własnie ptasia grypa jest wszędzie. Dziennikarze nadają prawie ze strefu zero, latają helikoptery. A redaktorzy w każdej redakcji uczulają reporterów żeby nadali relację 0o zwykłych ludziach. Co oni na to? Jak im się udaje przeżyć.
Być może ktoś zachoruje, może cos się stanie. Wszyscy wiedzą, że ptasia grypa nie jest nawet troszkę tak zabójcza jak prawdziwa grypa - na którą przecież tez się umiera, ale zwykła grypa zdecydowanie nie jest medialna.
No więc zwykli ludzie opowiadaja jak po prostu żyją. Mówią reporterowi: a daj pan spokój.
Reporter jednak musi nadać relację. Łamiącym się głosem opowiada że ludzie nawet w tych trudnych chwilach zachowują spokój. Że wszystko jest pod kotrolą. Dziś wiadomości tez zaczną się od tego, że ludzie żyją normalnie. I nic się nie dzieje. Ale ptasia grypa czuwa.
piątek, 03 marca 2006
Narty - eksperci poszukiwani
To ogłoszenie mogło by brzmieć np. tak
"W związku z planowanym dynamicznym rozszerzerzeniem działalności wypoczynkowej i koniecznościa urwania sie choć na kilka dni dwóm małym stworkom uprasza sie uprzejmie wszystkich którzy maja jakie takie pojęcie o przekazywanie wiadomości o możliwościach wyjazdu na narty. Nadmieniamy uprzejmie że jeździć nie umiemy, sukcesem bedzie juz to jak chwile pojade w mniej wiecej obranym na poczatku kierunku i na nic nie wpadnę. W związku z powyzszym szukam odpowiedzi na poniższe pytania"
1. jak ktos jest głąb narciarski to za ile ma sobie kupić narty, żeby nóg nie połamać ale nie wydac za dużo bo przeciez bedzie jeździł pomału i hiper szybkie nie są potrzebne.
2. gdzie taki ktoś ma jechać, żeby mozna się nauczyć, żeby nie było tłumów, bo wątpię żebym szybko opanował wymijanie i skrecanie i żeby ładnie było dookoła w sensie takim że raczej góry, niebo i lasy a nie pawilony handlowe i wycieczki.
Zdjęcia
Nie przestawa mnie zdumiewać drobiazgowośc przywiązywana do rzeczy małych. Ot, robia mi zdjęcie. Takie bardzo małe zdjęcie, na które mało kto rzuci okiem jak się ukaże. A jak rzuci to moze powie że mam głupia mine, albo że przeciwnie - inteligentnie mi z oczu patrzy.
Pracuje nad zdjęciem kilkanascie osób przez pół dnia. W tle bedzie rozmazana lampa. Czy przesunąc ja 5 centymetrów dalej, czy może nie. Czy ma być widoczny kawałeczek framugi czy ją zasłonić. A co z tym niesfornym kosmykiem i z małą fałdka która pojawiła się na rekawie.
A samo zdjęcie - troszke do przodu, ale nie tak. Usmiechnąc sie, ale nie za bardzo. Oczy zbyt szeroko otwarte - zmrużyc. Nie tak mrużyc. Otworzyć. Skrzyzowac ręce, ale palce jednak widoczne. Ciężar ciała na drugą noge. Stop, pojawiła się fałdka na spodniach. ....
I tak długo, długo.
A chodzi o jedno małe zdjęcie.
Ile jest takich malutkich zdjęć po których przesuwamy wzrokiem. ja też przesuwam. I nie myślę o zastępach ludzi którzy pracowicie ustawiali tło i poprawiali modelowi uśmiech i fałdki.
Salomon
Salomon rozsądził kiedys dylemat: która z kobiet jest matką. Ta która nie pozwoliła na rozrąbanie na pół dziecka o które się kłóciły. Ta druga się zgodziła - żeby było sprawiedliwie.
U Ewy Drzyzgi spotkały się dwie kobiety. Tym razem było wiadomo. jedna to matka. Druga - opiekunka. Ale dziecko mieszka u tej drugiej. I co więcej - potwierdził to sąd pierwszej instancji.
Dziwny to był program. Zanim zobaczyłem obie kobiety - byłem przekonany, że opiekunka ukradła dziecko. Zobaczyłem dziwną matkę która dużo za dużo używała solarium, jej dziwnego brata który tak bardzo wygladał jak gangster, że mógłby go grać w filmie i opiekunke - która wyglądała normalnie. Uwierzyłem opiekunce kiedy mówiła, że matka własciwie porzuciła swoje dziecko.
Co ciekawe - goście w studio i sama Ewa Drzyzga nie uwierzyli. Ludzie chyba podświadomie wierzą, że matka jakakolwiek by nie była to matka. Że z matką zawsze bedzie lepiej.
Ja nie wierzę. Jestem przekonany, że bedzie mu lepiej z opiekunką, bez matki. Że matka kręci.
Że to dziecko powinno zostać u opiekunki.
Ale nikt nie zadał najważniejszego pytania.
Czy jeśli wiemy, że dziecku dzieje się krzywda - powinniśmy je zabrać matce i już?
Czy jeśli matka dziecko bije, nie karmi, albo po prostu kompletnie się nim nie interesuje - mamy prawo pójśc i wziąc sobie to dziecko i otoczyć je miłościa i wychowac na fajnego człowieka?
Bo jeśli nie - to znaczy, że los dziecka nie jest w sumie ważny. Jesli tylko matka nie zabije ani cięzko nie skatuje - to hulaj dusza.
A jesli tak - to takich rodzin są tysiące. I co? Wejśc i zabrac te dzieci? Jak ta opiekunka u której chłopiec ma lepsze życie?

Krew z nosa
Jakimś cudem nasze dzieci się dogadały. Zamiast się prać cały czas, piorą się czasem. Przez resztę czasu - współpracują.
Dziś w sklepie Młoda jak to zbuntowany dwulatek dała noge zamierzając wpaśc malowniczo pod samochód. Pitu złapał ja za rękę.
- Puściaj - ryczała.
- Ej no nie mogę cię puścić, bo wpadniesz pod samochód i bedzie ci leciała krew z nosa - tłumaczył jej zagrożenia ruchu drogowego.
- Kiew? Nosia? - zapytała zdumiona.
- No tak, muszę cię trzymać.
- Dobzie - zgodziła sie nieoczekiwanie (mnie się to nie udaje)
środa, 15 lutego 2006
życie rodzinne cz. 1
- Dzieci, natychmiast przestańcie się tłuc - powiedziała Mama.
- To moje, moje - zawodził syn.
- Nie, moje - ryczała córeczka wczepiona w jego włosy.
- Proszę was, posprzątajcie te klocki - prosiła mama.
- Nie będe sprzątać - prychnął Syn. - Sama sobie sprzątaj. Nie chcę się zmęczyć.
- Oj, bo przyjdzie Tata i wam pokaże - zagroziła Mama.
- Nie pokaże - wrzasnął syn.
- Pokaże, pokaże - zagroziła Mama. - Wleje wam w tyłek. Wróci o 20 i spierze was pasem. marsz do sprzątania.
- Spierze, a może nie, może tylko blefuje - główkowały dzieci, ale posprzątały klocki.
- I obiecajcie, że już nigdy nie będziecie bałaganić. Bo powiem Tacie - pogrozxiła mama.
- No dobra, dobra, obiecujemy - powiedział niechętnie synek i na wszelki wypadek złapał się za pupę.
Tata wrócił, spojrzał powaznym głosem na rodzinę i obwieścił.
- Mógłbym was sprać, bo nie słuchaliście się mamy. - Ale skoro obiecaliście nie śmiecić, to podjąłem decyzję, że tym razem nie spiorę.
- Eeee, tam. Wiedziałem od razu że nie spierze - szepnął po cichu syn.

Tak mi się to jakoś skojarzyło z wczorajszym pełnym emocji dniem. :)
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15